Łączna liczba wyświetleń

sobota, 10 września 2011

Targ przy ul. Ruskiej


       Jeżeli słyszymy coś w mediach na temat targu przy ulicy Ruskiej w Lublinie to chyba tylko w kontekście jego likwidacji, podobnie jak sąsiadującego dworca PKS. Wybieramy się na tam bardzo rzadko lub wcale, być może z uwagi na to, że chodzenie po nim stało się niemodne, biorąc pod uwagę, rozmieszczone w każdej części miasta hipermarkety. Otóż to one, najlepiej w towarzystwie modnych galerii, stały się przybytkami wartymi wyłącznego zainteresowania. Tymczasem zakupy na takim targu mogą być przyjemne dla handlowców i kupujących. Marzy mi się właśnie taki bazarek w centrum miasta, jaki widziałem w sercu Luxemburga. Schludny, czysty, na którym przyjeżdżający rolnicy mają możliwość sprzedawać za niewygórowane ceny niemalże każdy produkt ze swoich gospodarstw w przyzwoitej jakości.
      Tymczasem targ na Ruskiej - relikt minionej epoki nie przystaje do żadnych współczesnych realiów, zarówno jeżeli chodzi o estetykę jak i bezpieczeństwo. Wielu wzdryga się oglądając kurczaki lub nabiał leżący bezpośrednio w gazecie na chodniku, wielu cieszy się, że wróciło do domu z portfelem w kieszeni, oraz niepotrąconych przez samochód.
           Z pewnością wiele jeszcze wody upłynie zanim się to zmieni, obecnie władze przejęte (i zajęte) budową miejskiego stadionu odłożyły plany jego rewitalizacji na znacznie później. A klienci - i z pewnością handlowcy czekają z niecierpliwością na takie miejsce, które będzie odpowiednie dla Koziego Grodu, w którym będziemy kupować produkty okolicznych gospodarstw w odpowiednio zorganizowanej i udostępnionej części miasta.
       Tymczasem póki co możemy "korzystać" z miejscowego kolorytu, póki jeszcze istnieje!


piątek, 9 września 2011

Blog Lublin zagościł w Kurierze Lubelskim

         W piątkowym numerze Kuriera Lubelskiego pojawił się artykuł dotyczący mojego bloga. Dziękuję za zaskakujące zaproszenie redakcji, wymieniając tu "odpowiedzialnego" za to red. Marka Szymaniaka. 
      W artykule przeczytamy również o blogu Jaskinia Merlina, w którego zdumiewające historie polecam się zagłębić!
        Pozostaje mi życzyć sobie aby wszystko co opisuję na blogu służyło dobru Naszego Miasta, co za tym idzie - dobru mieszkańców. 

          

środa, 7 września 2011

Lubelskie Kasztanowce

       Jako dziecko, chodziłem do Parku Saskiego przez niemal cały rok. W lecie do łabędzi - których jakoś tak teraz po "ptasiej grypie" nagle zabrakło a zastąpiły je kaczki. W zimę oczywiście na sanki, wiosną - po to by w wąskich strumykach wodować statki - tratwy - w zasadzie z wszystkiego co pływa. A jesienią? Cóż... wtedy szliśmy na kasztany! Jako, że drzewa te z uwagi na swoje rozmiary zdecydowanie się wyróżniały, każde dziecko trafiało tam bezbłędnie.
       Tymczasem od kilku lat lubelskie kasztanowce łatwiej wyłowić z rzędów drzew z zupełnie innego powodu. Choroba, którą są dotknięte to szrotówek kasztanowiec. Ot, zwykły motyl, którego dojrzała postać ma 8mm, larwy natomiast są tak niewielkie iż drążą tkankę liści, które szybko obumierają, podobnie jak dotknięte plagą drzewo. Exitus.
       Jak widać leczenie nie przynosi spodziewanych efektów, a akcje grabienia liści to tylko akcje grabienia liści. Tymczasem okazuje się iż jednym z niewielu wrogów szrotówka są sikory. Stąd pytanie; czy jest szansa na zasiedlenie Ogrodu Saskiego tymi ptakami?
     Spodziewając się żadnej lub jakiejś pokrętnej odpowiedzi mnożącej przeszkody, pogrążony i przygnębiony podkolorowałem szaro bure zdjęcie - jak babcię do trumny.
           Cóż, w końcu czy przyszłe pokolenia muszą wiedzieć, że kiedyś tu takie drzewa rosły?